Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/330

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mont i dwaj marynarze zebrani w grocie u stóp góry, naradzali się nad tem co dalej czynić.
— Moi przyjaciele, przemówił doktór, nie możemy dłużej pozostać na Wyspie Królowej; mamy przed sobą morze wolne od lodów, żywności nam nie braknie, wróćmy więc co prędzej do Szańca Boskiej Opatrzności, gdzie zazimujemy oczekując przyszłego lata.
— Takie i moje zdanie, mówił Altamont; wiatr jest pomyślny, jutro zaraz wypłyniemy na morze.
Dzień przeszedł w ciężkiem strapieniu. Obłąkanie kapitana smutno nastroiło wszystkich, a gdy Bell, Johnson i Altamont pomyśleli o powrocie, przelękli się swego obecnego osamotnienia; czuli się przerażeni odległością, którą przebyć mieli. Brakowało im nieustraszonej duszy Hatterasa.
Jednakże, jako ludzie mężni, sposobili się do nowych walk z przeciwnościami i z samemi sobą, gdyby podupadli na duchu.
Nazajutrz, w sobotę 13-go lipca przeniesiono bagaże na szalupę i wkrótce wszystko było do odjazdu gotowe.
Lecz przed opuszczeniem na zawsze tej skały, której już nigdy nie miano oglądać, doktor spełniając życzenia Hatterasa, kazał wznieść pagórek w tem właśnie miejscu, gdzie kapitan wydobył się