Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/315

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz nie, zdawał się być nadzwyczaj rozdrażniony. A jednak nie zajmowała go myśl powrotu. Chciałżeby więc iść jeszcze dalej? Czyż żądza podróżowania nie miała dla niego granic? Czyż po objechaniu świata całego, świat mu się wydał za małym?
Jakkolwiek bądź, dość że spać nie mógł, pomimo że ta pierwsza noc spędzona u bieguna była czystą i spokojną. Wyspa nie była zamieszkalną. W rozognionej jej atmosferze żaden ptak nie bujał, żaden zwierz nie stąpał po gruncie przysypanym grubą warstwą popiołu, żadna ryba żyć nie mogła we wrzących jej wodach. Rozlegał się tylko huk wychodzący z góry, ponad którą unosiły się wciąż gęste i wysokie słupy dymu gorącego.
Gdy się obudzili ze snu towarzysze Hatterasa, nie znaleźli go już przy sobie. Niespokojni, wyszli z groty i spostrzegli kapitana stojącego na skale z okiem wlepionem w szczyt wulkanu; trzymał w ręku narzędzia, przy pomocy których, jak widać, zdejmował dokładną pozycyę góry.
Doktór podszedłszy do niego, po razy kilka odzywał się, zanim go wyrwał z głębokiego zamyślenia; nareszcie gdy kapitan zdawał się pojmować, rzekł do niego: