Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Chcąc odzyskać czas stracony, wyruszono w drogę bardzo rano. Altamont i Bell, jak poprzednio, znowu szli przodem, badając grunt i poszukując zwierzyny; Duk towarzyszył im nieodstępnie. Niezmierna zmienność pogody podbiegunowej obdarzyła teraz podróżnych powietrzem bardzo suchem i jasnem; choć przewodnicy byli w odległości dwóch mil od sań, jednak doktór widział ich doskonale i mógł rozróżnić wszystkie ich poruszenia.
Zdziwił się przeto niepomału, gdy ujrzał ich zatrzymujących się nagle jakby zdumionych, i patrzących w dal jakby widnokrąg badali.
Następnie pochylili się ku ziemi, przypatrywali się czemuś bacznie i powstali nadzwyczajnie zadziwieni. Bell nawet, jak się zdawało, chciał iść naprzód, lecz Altamont przytrzymał go za rękę.
— Co oni tam robią? mówił doktór do Johnsona.
— Patrzę i ja na nich, ale nic zrozumieć nie mogę, odpowiedział stary marynarz.
— Znaleźli widać jakieś ślady zwierząt, rzekł Hatteras.
— To być nie może, odparł doktór.
— Dlaczego?