Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


krycie? A zresztą powiedz, czy szalupa zrobiona przez czterech Anglików i niosąca ich na sobie, przez to samo już nie będzie całkiem angielską?
Hatteras milczał ciągle.
— Tak, tak, mówił dalej Clawbonny, przyznaj się kapitanie, że nie o szalupę, lecz o tego ci idzie człowieka.
— Zgadłeś doktorze, odpowiedział Hatteras, z całą nienawiścią na jaką Anglik zdobyć się może, nie cierpię tego Amerykanina, tego człowieka, którego fatalność jakaś na mojej postawiła drodze.
— Aby ci życie ocalił.
— Aby mnie zgubił! Zdaje mi się, że on drwi sobie ze mnie, że jak władca jaki tu rozkazuje, że wyobraża sobie, iż losy moje w jego spoczywają ręku, że odgadł moje zamiary. Czyż nie okazało się co on mniema przy nadawaniu nazwisk tym lądom nowym? czyż powiedział kiedy po co przybył pod tę odległą szerokość geograficzną? Nie potrafisz odjąć mi myśli, która mnie zabija, że ten człowiek jest naczelnikiem wyprawy, wysłanej przez rząd Stanów Zjednoczonych, w celu robienia odkryć.
— A gdyby i tak było, odparł doktór, jakiż dowód masz na to, że ta wyprawa chciała dotrzeć do bieguna? Czyż Ameryka nie może równie jak An-