Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zwierzęta znikły odrazu, jakby na znak czarodziejskiej laski; otwory fok zamknęły się, spękania ścisnęły, lód odzyskał swą twardość granitową — kaskady mrozem w biegu pochwycone, zawisły w powietrzu jak zwoje przezroczystych kryształów.
Ogólny widok zmienił się nie do poznania, a nastąpiło to w nocy z 11-go na 12-sty maja. Bell wyścibiwszy nos na ten mróz piorunujący, o mało go nie zostawił na dworze.
— Oh! naturo północna! wołał doktór zawiedziony nieco w swych nadziejach, oto są twoje zwyczajne figle! Niechże i tak będzie, posieję moje nasiona raz jeszcze.
Hatteras rzecz tę brał mniej filozoficznie, bo mu pilno było rozpocząć na nowo swe poszukiwania. Musiał jednak się zrezygnować.
— Czy długo jeszcze potrwa taki stan powietrza? zapytał Johnson.
— Nie, mój przyjacielu — nie, odpowiedział Clawbonny, są to ostatnie wysiłki mrozu, który zresztą w swym domu ma prawo robić co mu się podoba, i nie można go wypędzić, dopóki sam ustąpić nie zechce.
— A jest uparty, jak na teraz, rzekł Bell trąc sobie twarz.