Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się go nie powstydziłaby kuchnia nawet wielkiego kanclerza Anglii. Przy deserze ukazały się napoje, bo Amerykanina nie wiązały w tym względzie żadne prawa, ni zastrzeżenia, nie widział przeto potrzeby wstrzymywać się od użycia szklanki dżynu (gin), lub wódki (brandy); inni biesiadnicy, jakkolwiek ludzie wstrzemięźliwi, na ten jeden raz odstąpili z polecenia doktora od zwyczaju pod koniec uczty. Przy wznoszeniu toastu na cześć Unii, Hatteras zachował najgłębsze milczenie.
Wtedy to doktór wyprowadził na plac kwestyę bardzo zajmującą.
— Moi przyjaciele, rzekł on, niedość żeśmy przebyli morza, ławice i pola lodowe i doszliśmy aż do tego miejsca; mamy jeszcze coś do zrobienia. Proponuję, aby nadać nazwiska tej ziemi gościnnej, na której znaleźliśmy ocalenie i wypoczynek; wszakże ten zwyczaj przechowuje się oddawna u żeglarzy wszystkich krajów! Potrzeba koniecznie, abyśmy za powrotem do rodzinnego kraju złożyli wiadomości o hydrograficznej konfiguracyi tych wybrzeży, podając nazwy przylądków, zatok, cyplów i przystani.
— Doktór ma słuszność! zawołał stary Johnson; zresztą skoro miejsce jakie ma już swą nazwę to i lepiej wygląda i człowiekowi jakoś nie tak