Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.2.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— W drogę, powtórzył doktór, niespokojny wzrok rzucając na obu kapitanów.
Podróżni pokrzepili znacznie swe siły, również jak i psy, którym — dostały się w udziale odpadki niedźwiedzia, żwawo więc ruszono ku północy.
W drodze doktór chciał się coś od Amerykanina wywiedzieć o powodach, które go tak daleko zaprowadziły; Altamont jednak wykrętnie odpowiadał.
— Teraz nad obydwoma czuwać potrzeba, szepnął doktór na ucho Johnsonowi.
— Widzę tu, odpowiedział stary marynarz.
— Hatteras nie odzywa się wcale do Amerykanina, Altamont zaś bynajmniej nie okazuje się być skłonnym do okazywania wdzięczności. Szczęściem ja tu jestem.
— Wiesz co panie Clawbonny, od czasu jak ten Yankes powrócił do życia, fizyognomia jego wcale mi się nie podoba.
— Jeśli się nie myję, odrzekł doktór, to on zgaduje zamiary Hatterasa.
— Sądzisz więc że oba jedno mieli na celu?
— Bardzo być może. Amerykanie są bardzo odważni i przedsiębierczy; Amerykanin mógł pragnąć tego samego, czego i Anglik chciał dokonać.
— Myślisz pan przeto, że Altamont?...