Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dność w tamtej szerokości geograficznej. W ogóle powiedzieć można, że w tamtym klimacie ważne widzieć się dają wyjątki od powszechnych praw przyrody: niebo niekoniecznie tylko przy mrozie bywa czyste, a śnieg nie zawsze sprowadza ocieplenie się powietrza. Wskazówki barometru są niepewne, jak to zauważyli wszyscy prawie żeglarze podróżujący po morzach północnych; spadał on przy wiatrach północnych i zachodnich i wtedy następowała pogoda, a przeciwnie gdy się podnosił, padały deszcze lub śniegi. Nic przeto na wskazania jego liczyć nie było można.
Nareszcie dnia 5-go stycznia wiatr zachodni sprowadził zmianę temperatury; merkuryusz w termometrze podniósł się i zatrzymał przy dwudziestu ośmiu stopniach poniżej zera. Hatteras postanowił wyjechać nazajutrz, nie mógł patrzeć dłużej na to, jak w oczach jego rąbano okręt; większa połowa pomostu kapitańskiego poszła już do pieca.
Dnia 6-go stycznia pomimo gęstego śniegu, wydano rozkaz odjazdu; doktór wydał ostatnie jeszcze zalecenia chorym; Bell i Simpson w milczeniu uścisnęli ręce swych towarzyszy. Hatteras chciał głośno wszystkich pożegnać, lecz naokoło dostrzegł same nieprzyjazne spojrzenia. Zdawało mu się, że na ustach Shandona błysnął uśmiech iro-