Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bna ich było podejść, a strzały najcelniejsze na nic się nie przydały.
Osadzie brygu na seryo groziła śmierć z zimna, bo niedopobna było znieść przez czterdzieści ośm godzin temperatury jaka miała zapanować na okręcie; każdy z przerażeniem patrzył na ostatni kawałek paliwa.
Było to 20-go grudnia; o trzeciej godzinie popołudniu, ogień wygasł. Majtkowie do koła piec otaczający spojrzeli po sobie wzrokiem obłąkanym. Hatteras w swoim kącie siedział nieporuszony; doktór podług zwyczaju chodził szybkim krokiem, nie wiedząc już co by wymyśleć.
Termometr zawieszony w sali wspólnej, spadł nagle do dwudziestu dwóch stopni niżej zera.
Chociaż doktór nie wiedział co wymyśleć, inni jednak wiedzieli. Shandon zimny i zdecydowany, Pen ze wściekłością w oczach, i dwóch albo trzech innych, jeszcze włóczących się ich towarzyszy, przystąpili do Hatterasa.
— Kapitanie, rzekł Shandon.
Hatteras pogrążony w dumaniu, nie słyszał go.
— Kapitanie! powtórzył Shandon, poruszając go ręką.
— Czego pan chcesz? odpowiedział Hatteras.