Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Musimy zatem powrócić do niedźwiedzia i przyznać zarazem, że jestto najużyteczniejsze w tym kraju stworzenie, bo daje człowiekowi pokarm, odzież, światło i paliwo. Czy słyszysz Duk, mówił dalej doktór, głaszcząc psa, potrzeba nam niedźwiedzi, potrzeba koniecznie! szukaj niedźwiedzi mój przyjacielu!
Pies który właśnie coś węszył w ową chwilę, zachęcony głosem i pieszczotami doktora, poskoczył szybko po lodzie; szczekał ciągle, a głos jego zdala jeszcze dochodził do uszu myśliwych.
W nizkiej atmosferze zadziwiającą jest doniosłość głosu, i tylko ją porównać można ze świetnością konstelacyi na niebie północnem. Promienie światła i fale głosu przenoszą się na dalekie odległości, mianowicie podczas mroźnych suchych nocy klimatu podbiegunowego.
Myśliwi rzucili się za głosem Duka, lecz milę blizko biedz musieli, zanim przybyli zdyszani (w rozrzedzonem powietrzu płuca prędzej się trudzą) w to miejsce, gdzie Duk stał o jakie pięćdziesiąt kroków od ogromnej massy, wolno i leniwie poruszającej się na wierzchołku niedużego pagórka.
— Otóż mamy niedźwiedzie, zawołał doktór, nabijając swą strzelbę.