Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Pozwól pan sobie powiedzieć, rzekł Wall, że tak postępując, nie dobrze postępujesz; idzie tu bowiem o wszystkich, a niedorzeczności popełnione przez kapitana drogo może przyjdzie nam opłacić.
— Albożby mnie chciał słuchać, gdybym chciał mówić?
Wall nie śmiał odpowiedzieć twierdząco, dodał jednak:
— Możeby wysłuchał przedstawień całej załogi.
— Załogi? rzekł Shandon, wzruszając ramionami; toż jej chyba nie obserwował? Ona myśli zupełnie o czem innem, a nie o swem bezpieczeństwie. Wie ona dobrze że zdąża ku 72-mu równoleżnikowi, i że za każdy stopień przebyty po za tą szerokością, będzie miała po tysiąc funtów.
— To prawda, odrzekł Wall; kapitan wziął ją na najłakomszą dla ludzi przynętę.
— Co do chwili bieżącej przynajmniej, dodał Shandon.
— Co pan chcesz przez to powiedzieć?
— Chcę powiedzieć, że gdy niema niebezpieczeństwa ni trudów, gdy morze jest wolne, to wszystko zdaje się dobrem; ale co się robi dla pieniędzy, nie wiele warte. Niech tylko nadejdą