Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Johnson kiwał głową na znak, że się zgadza z doktorem.
— Nie może być! za wołał porywczo Shandon. Znam wszystkich ludzi należących do załogi; trzebaby przypuścić, że już był między nimi gdy okręt wyruszał w drogę. Powtarzam, to niepodobna! Od dwóch lat przeszło znam wszystkich tych ludzi, a każdego z nich widziałem w Liverpoolu najmniej sto razy! twoje przypuszczenie doktorze nie da się przyjąć.
— Więc jak to wytłómaczysz komendancie?
— Jak chcesz doktorze, tylko nie w ten sposób. Przypuszczam, że ten kapitan, albo jakiś jego poufny, skorzystał z ciemności, ze mgły, z czego chcesz doktorze, i dostał się na okręt. Ziemia ztąd jest niedaleko; łódź Eskimosów mogła się przesunąć niedostrzeżona między lodami; można było dostać się do okrętu, doręczyć list... mgła była gęsta, to i mógł ktoś....
— Nie dojrzeć nawet okrętu, rzekł przerywając mu doktór; jeśliśmy nie mogli dostrzedz kogoś wciskającego się na statek, z powodu mgły, to jakże on w tej mgle rozpoznał okręt zdaleka?
— Oczywiście, rzekł Johnson.
— Więc ja wracam do mego przypuszczenia, rzekł doktór; rozważ je pan, komendancie.