Strona:Juliusz Verne-Podróż do Bieguna Północnego cz.1.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Przecież słyszałem jak mówili o tem, i pojąłem że nic nie rozumieją; tysiąc przypuszczeń czynili, ale do niczego stanowczego nie doszli.
— I mówili o tym psie to samo co ty? zapytał cieśla Bell.
— Jeśli nie mówili o psie, odpowiedział Clifton naciśnięty, to o kapitanie, co na jedno wychodzi, a utrzymują, że to wszystko nie zdaje się im naturalnem.
— No przyjaciele, rzekł cieśla, jeśli chcecie, to wam powiem co o tem myślę.
— Mów, mów, wołano zewsząd.
— Oto niema i nie będzie na pokładzie innego dowódcy jak Ryszard Shandon.
— A od kogo list? rzekł Clifton.
— List istnieje naprawdę, odparł Bell; jest również prawdą, że jakiś nieznajomy kazał zbudować Forwarda i urządzić go do podróży między lodami. Ale gdy okręt raz już puścił się w drogę, to już nikt na niego nie wejdzie.
— Koniec końców, rzekł Bolton, gdzie ma iść ten okręt?
— Tego nie wiem; gdy czas nadejdzie, to Shandon odbierze dopełnienie instrukcyj.
— Ale od kogo?
— Od kogo?