Strona:Juliusz Verne-Podróż Naokoło Księżyca.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


Byłoto dziwne jakieś szczekanie.
— Psy! to psy! zawołał Ardan, powstając z łóżka.
— Głodne są zapewne, rzekł Nicholl.
— Dolicha! odpowiedział Michał, zapomnieliśmy o nich.
— Gdzież one są? spytał Barbicane.
Po długiem szukaniu, znaleziono jedno z tych biednych zwierząt wciśnięte pod kanapę. Wystraszone, ogłuszone pierwszem wstrząśnieniem, pozostało tak w kącie aż do chwili w której odzyskało głos, wraz z uczuciem głodu.
Była to poczciwa Djana; nie dając się długo prosić wylazła ze swej kryjówki, a Michał Ardan zachęcał ją najprzyjaźniejszemi pieszczotami.

— Pójdź tu! Djana! pójdź tu! moja suczko — wołał, ty, którą los wyróżni w rocznikach psiej rassy! ty, którą poganie uznawali za towarzysza bożka Anubisa, a chrześcjanie za przyjaciela świętego Rocha! ty, która godną jesteś żeby twój wizerunek odlano ze spiżu w zakładach władcy piekieł, jak ów piesek, którego Jowisz za pocałunek podarował pięknej Europie! ty, której sława zniweczy rozgłos bohaterów Montargisu i góry św. Bernarda![1] ty, która puszczając się w prze-

  1. Jestto alluzja do psa który pomógł do odkrycia sprawcy zabójstwa w okolicach Montargis. Przed laty dawano w teatrze warszawskim dramat na tym wypadku osnuty; o psach utrzymywanych przez zakonników na górze św. Bernarda dla ratowania podróżnych zaskoczonych śniegami, wiadomo powszechnie. (P. R)