Strona:Juliusz Verne-Podróż Naokoło Księżyca.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


Barbicane spełniając życzenia swego towarzysza, odsłonił okienko w głębi pocisku, wychodzące na ziemię. Tarcza siłą rzutu wypchnięta w tył, z wielkim trudem została usuniętą. Jej szczątki zebrane starannie i ustawione przy ścianach, mogły się przydać jeszcze na wszelki wypadek. Wtedy ukazał się okrągły otwór szeroki na 50 centimetrów, wykrojony w spodniej części pocisku, i zamknięty szybą grubą na 15 centimetrów, otoczoną ramkami miedzianemi. Wszystko to przykrywała z zewnątrz blacha aluminjowa przytrzymana sztabkami na szrubach.
Michał Ardan ukląkł przy szybie ciemnej, jakby była zamatowana.
— A gdzież ziemia? zawołał.
— Ziemia? odpowiedział Barbicane, oto jest.
— Jakto, ta niteczka cienka, ten sierp srebrzysty?
— Nieinaczej Michale. Za cztery dni, gdy księżyc będzie w pełni, to jest w chwili gdy my go dosięgniemy, ziemia będzie na nowiu. Teraz ukazuje nam się ona jak sierp księżyca po nowiu, który wnet zniknie, a wtedy na kilka dni utonie ona w ciemności nieprzeniknionej.
— To jest ziemia! powtarzał Michał Ardan, z natężeniem przypatrując się drobnemu skrawkowi swej planety rodzinnej.
Objaśnienie prezesa Barbicane’a było prawdziwe. Ziemia względnie do pocisku wchodziła w ostatnią swoję fazę. Zaledwie w ósmej części widziana, słabym