Strona:Juliusz Verne-Podróż Naokoło Księżyca.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


— Sprawdźmy naprzód, odpowiedział kapitan, a potem zapłacimy. Rzeczą jest bardzo możliwą, że dowodzenia Barbicane’a są dokładne, i że przegrałem 9,000 dollarów. Lecz nowe jedno przypuszczenie staje mi w myśli, i gdyby się sprawdziło, odwlekłoby pewność co do naszego zakładu.
— Jakież to? żywo zapytał Barbicane.
— Przypuszczenie, że dla tej lub owej przyczyny nie zapalono prochu, i nie wylecieliśmy w powietrze.
— Do licha, kapitanie, krzyknął Michał Ardan, to przypuszczenie godne mojej mózgownicy. Chyba żartujesz? Czyżeśmy nie doświadczyli skutków wstrząśnienia? Czyżem cię nie przywołał do życia? Czyż ramię prezesa nie sączy dotąd krwi z rany spowodowanej siłą odbicia?
— To prawda Michale, odrzekł Nicholl, ale pozwól mi zrobić jedno jeszcze zapytanie.
— Słucham.
— Czy słyszałeś huk, który jednak musiał być bardzo znaczny?
— Nie, odpowiedział Ardan mocno zdziwiony; w rzeczy samej nie słyszałem huku.
— A ty Barbicanie?
— Ja także nie słyszałem.
— A więc?
— To prawda! mruczał prezes, dla czegośmy huku nie słyszeli?