Strona:Juliusz Verne-Podróż Naokoło Księżyca.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


Zastanówcie się, że w chwili wystrzału czy będziemy w środku, czy na przodzie, to prawie wszystko jedno.
— Jeśli to tylko „prawie“ wszystko jedno, jestem zupełnie spokojny, odrzekł Michał Ardan.
— Czy podzielasz me zdanie Nicholl? spytał Barbicane.
— Zupełnie, odpowiedział kapitan. Jeszcze trzynaście minut i pół.
— Ten Nicholl, to nie człowiek, zawołał Ardan, ale chronometr sekundowy z wychwytem i ośmioma czopami na rubinach.
Lecz towarzysze już go nie słuchali, robiąc ostatnie przygotowania z nieporównaną krwią zimną. Wyglądali oni jak dwaj systematyczni podróżnicy, którzy wsiadłszy do wagonu, szukają najwygodniejszego dla siebie pomieszczenia. Rzeczywiście możnaby się zapytać, z jakiej materji utworzone są serca Amerykanów, niebijące silniej przy zbliżaniu się największego niebezpieczeństwa!
Trzy łóżka obszerne i mocno ustawione pomieszczono w pocisku. Nichol i Barbicane ustawili je w samym środku tarczy stanowiącej podłogę ruchomą; na nichto mieli spocząć trzej podróżnicy w chwili wystrzału.
Tymczasem Ardan, nie mogący ani na chwilę pozostać bezczynnym, kręcił się po swem ciasnem więzieniu jak zwierz dziki w klatce zamknięty, to rozmawia-