Strona:Juliusz Kaden-Bandrowski - Przymierze serc i inne nowele.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nieużytkiem, gdym się znalazł w gmachu, — jak lubią być u nas gościnne gmachy małych miasteczek, — poszkolnym, poklasztornym, pokościelnym, posądowym? Zdobiły go jeszcze po wierzchu gotyckie łuki i kute, stare wrota i mury rozparte, po kątach grzybkiem trefione, lecz treść jakoby utracił. Niewiadomo, co się w nim za praca odbywała, prócz przygodnego święta.
Dziś mieliśmy tu jeść żołnierską wilję, przez komitet miasta i ziemiaństwa naszemu szeregowcowi wydaną. Właśnie, — szeregowcowi. Tak chciały komitety, i myśmy tak prosili, oficerowie. W tym dniu wielkiej nadziei, na Najmniejszym skupionej, wszystko, na co się zdobyć możemy pod postacią pieniędzy, podarków, wiktuałów, grzybów, kapusty, pieczywa, ryby, papierosów, — będzie oddane tym, którzy zawsze mają najmniej.
Wilja naznaczona była w odprawie na drugą popołudniu, ale to przecie wilja dla tysiąca chłopaków, więc pracowano od rana z pełnym ferworem. Na schody wejściowe naniesiono już tyle śniegu, że się z niego udeptał chodnik, jakoby lity oksydowanem srebrem.
Po obu stronach pilnowały go młode sosenki, z których bezdomny drobiazg miejski wciąż strącał śnieg „na naszą cześć“, — żeby gałęzie tchnęły czystą suchością, jak kiedy stoją w izbie.
W refektarzach, salach dawnego sądu, czy też dawnej nauki, — bo nikt nie mógł ściśle powiedzieć, co się tu sprawowało, — stoły już były wyrychtowane w podkowę, nakryte białą pościelą, już nawet zasta-