Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jakże ja wlezę na strych cudzego domu?
— Nie bój się, ja to urządzę.
— A jak przyjdzie Stefan, jakże się do mnie dostanie, żeby go nie zauważono?
— Przyjdzie za trzy dni, o godz. 2-giej w nocy, pod dom i będzie gwizdał arję Torreador, a ty wyleziesz przez otwór w dachu i po rynnie zjedziesz nadół.
— Gdzież ja w nocy będę szukał tej dziury w dachu?
— Oto plan strychu — rzekł Damazy, dając mi jakiś papierek.
— Ha, fiat voluntas tua — rzekłem zrezygnowany. Jedziemy do Drewnicy.
O godzinie dziesiątej wieczór znajdowałem się już, otoczony egipskiemi ciemnościami, na strychu obcego mi zupełnie domu. Przewidując, że mieszkańcy mogą wejść na strych po wiszącą tam właśnie bieliznę lub jeszcze po co innego i, zauważywszy intruza, wrzask srogi podniosą, mniemając, że jestem złodziejem bielizny lub uciekinierem z pobliskiego zakładu dla umysłowo chorych — wlazłem w mikroskopijnie mały podstryszek, znajdujący się pod samym dachem.
Przestrzeń, jaką rozporządzałem tam dla swojej wygody, a właściwie niewygody, wynosiła nie wię-