Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I tak samo, jak nawałnice oceanów, znał burze 
miłości.
Niektórych te burze hartują, niektórych łamią.
„Admirała“ złamały. Świadczyła o tem uboga, 
ciemna izdebka, świadczył niedokończony, pękaty
 kadłub krążownika „Nadzieja“, brudna flaga-ręcznik
 na drągu, i same biedne, obłąkane oczy pana Alfjana.
Późno już było, gdym pożegnał „admirała“. Daliśmy sobie nawzajem adresy i ja obiecałem choremu prowadzić z nim korespondencję.
Wychodząc, natknąłem się w przedpokoju na 
młodego człowieka, brata pana Alfjana. Ten poprosił mnie na chwilę do salonu.
— Bardzo przepraszam, że pana zatrzymuję —
 rzekł — ale mam do pana interes, maleńką prośbę, 
 mam nadzieję, że pan nie odmówi?
— Słucham.
— To chodzi o niego — młody człowiek kiwnął głową w kierunku kuchenki „admirała“ — widzi pan, te ustawiczne „bale morskie“ zaczynają już nużyć i mnie i gospodynię. Zwracam się więc do pana 
z prośbą, żeby był pan tak dobry wytłumaczyć ko
legom, że uczęszczanie ich na zwarjowane imprezy
 chorego człowieka są ciężarem dla niego samego i dla otoczenia. Jeśli marynarze nie przyjdą, brat nie 
przyjmie gości cywilnych, i przez to samo okropne