Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


układnego; żywił on dla kościoła wielką cześć, największą natomiast nienawiścią otaczając klechów, którym przy każdéj sposobności przypinał łatki w sposób wielce kacerski. Nie minął on jednak kościoła, aby się nie przeżegnać; przypominam sobie nawet, że wtargnął do kościoła św. Zofii, ponieważ kiedyś modlił się w téj świątyni. Kiedy mu wyrzucano jego niekonsekwentne postępowanie, odpowiadał zawsze: kościół nasz jest świętym, ale nasi księża to złodzieje; żegnał się potém jak zwykle i dokuczał pierwszemu lepszemu klesze, który nie chciał mu iść na rękę, co się okazywało niezbędném, ponieważ ksiądz wywierał pewien wpływ na Kogję Bochi’ego jego wioski. I rzeczywiście niema większych łotrów nad niższe sfery greckiego duchowieństwa.
Przygotowawszy się do powrotu, wezwałem moich Albańczyków, aby sobie zabrali swą płacę. Bazyli wziął pieniądze, patrząc na mnie z pewnym żalem, że zamierzam wyjeżdżać i odszedł sobie z workiem napchanym piastrami. Posłałem po derwisza, którego przez pewien czas nie można było znaleźć; nareszcie się zjawił i to właśnie w chwili, gdy był u mnie signor Logotheti, ojciec dawniejszego konsula angielskiego w Atenach, wraz z kilku innemi zaprzyjaźnionemi ze mną Grekami. Derwisz wziął pieniądze, naraz atoli rzucił je o ziemię, uderzył w dłonie, przyłożył je do czoła i wybiegł, gorzkiemi zalany łzami. Od téj chwili aż do czasu, gdym wsiadał na okręt, nie poprzestał lamentować, a kiedy go chciano pocieszać, miał jednę tylko odpowiedź: „Opuszcza mnie.“ Signor Logotheti, który dawniéj nigdy nie płakał z powodu utraty rzeczy, mniejszą mającéj wartość od jednego para (około ćwieć penny), zalewał się łzami; opat klasztoru, moja służba i moi znajomi byli wzruszeni; zdaje mi się téż, że nawet Sternego „głupia, nieokrzesana kucharka“ rzuciłaby „kocioł z rybami,“ ażeby dzielić tę szczerą, niespodziewaną boleść barbarzyńcy.
Co do mnie samego, to ile razy przypomnę sobie, jak w Anglii pewien wielce zacny i w blizkich stosunkach przyjaźni pozostający ze mną człowiek uniewinniał się, że nie może się ze mną pożegnać, ponieważ jakąś krewną odprowadzić musi do modniarki; niniejszy wypadek był mi niespodzianką, gby tymczasem wspomnienie przeszłości, przygnębiające wywiera wrażenie. Że derwisz opuści mnie z pewnym żalem, można się było tego spodziewać; jeżeli pan i jego sługa niejedne góry i niejeden kraj przebyli razem, to rozłąka zawsze przykrość sprawia, atoli ten wybuch uczucia, tak sprzecznego z jego wrodzoną dzikością, wyrobił we mnie lepsze o ludzkiém sercu mniemanie. Zdaje mi się, że taka, feudalna niemal, wierność śród tych ludzi często się zdarza. Pewnego dnia, podczas wycieczki na Parnas, potrącił go jeden z moich sług angielskich, posprzeczawszy się z nim o pakunki; uważając to niesłusznie za uderzenie, nic na to nie odpowiedział, tylko usiadł i twarz ukrył w dłonie. Przewidując skutki, usiłowaliśmy go przekonać, że nie ma powodu być dotkniętym, na to otrzymaliśmy od niego taką odpowiedź: „Byłem zbójcą, a teraz jestem żołnierzem; atoli żaden z dowódców nigdy mnie nie bił; jesteś moim panem i jadłem twój chleb, ale klnę się na ten chleb (zwykły sposób zarzekania się), że gdyby było nie tak, lecz inaczéj, byłbym tego psa służalca ubił i poszedł sobie w góry.“ Na tém skończyła się sprawa; on jednak nigdy nie mógł zapomnieć nieostrożnemu służącemu, że go obraził. Derwisz znakomicie wykonywał narodowy swój taniec, który uważają za zabytek starożytnego tańca pirryjskiego: w każdym razie taniec ten jest prawdziwie męski i niezwykłéj wymaga zręczności. Różni się on wielce od głupiéj romaiki, ociężałego, okrągłego tańca Greków, którego próbę niejednę widzieliśmy w Atenach.
Ogółem wziąwszy, Albańczyczycy (nie mówię tutaj o mieszkańcach dolin, którzy tak samo się nazywają, lecz o synach gór) piękne mają twarze: nie widziałem téż piękniejszych kobiet zarówno w postawie jak i w rysach nad te, które-m spotkał naprawiające zniszczoną przez potoki górskie drogę pomiędzy Delvinachi a Libochabo.
Sposób chodu Albańczyków jest nieco teatralny: te ich sztywne posuwanie