Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/504

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A koń tak w strasznym pędzie się zaganiał,
Że mi i westchnąć i modlić się wzbraniał.
Na grzywę jego, którą wiatr rozwiewał,
Pot się mój zimny gęstym deszczem zlewał.
On zaś na oślep, bez celu, bez drogi,
Pędził i chrapał ze złości i trwogi.
Nieraz myślałem, że za krótką chwilę,
Musi nakoniec już upaść na sile,
Gdzie tam! — zbyt wątłe i spętane ciało
Gniewnéj jędrności igraszką się zdało.
Każdy ruch, którym wyzwolić się chciałem,
Wścieklejszym jeszcze rozogniał go szałem.
Na głos mój z trudem z piersi wyciśnięty,
Tak w bok uskoczył jakby prętem cięty;
Z każdym tym głosem rwał się tak szalenie,
Jakby zasłyszał trąb wojennych grzmienie.
Strumień krwi czarnéj, co się z ran mych toczył
Spływał po ciele i pęta mi broczył,
A jak piekielnym gorzący płomieniem,
Język ognistém palił się pragnieniem.

XII.

Lecim do lasów — czernią się dokoła,
Dzikie, rozległe, okiem nieobjęte,
Sterczą potężne groźnych dębów czoła,
Najsroższym nawet wichrem nieugięte.
Co wyjąc stepy Sybiru przelata,
I grzmiącym szturmem całe bory zmiata.
Rzadko tam stoją te pyszne ogromy,
Lecz gęsto wśród nich rośnie krzew poziomy,
Przybrany w liścia uroczéj zieleni,
Nim je oberwie mroźny wiatr jesieni,
Nim je po lasach i borach rozwieje,
W przykrą i trupią czerwoność odzieje,
Co tak wygląda, jakby krew stężała,
Na placu bitwy leżącego ciała,
Którego żadna ręka nie pochowa,
A tak niejedna stwardzi noc zimowa,
Że i dziób nawet żarłocznego kruka,
Po zmarzłém licu jak po lodzie stuka.
Puszczę tę zarósł gąszcz młody, zielony,
Gdzieniegdzie stały dęby, sosny, klony.