Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/498

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Siłę ja, młodość i wesołość miałem,
I nie tak, panie, jak dziś wyglądałem;
Tak niegdyś gładkiém było czoło moje,
Jak dziś jest zrytém przez czas, troski, boje,
Co tak pierwotny z niego wyraz zdarły
I tak dawnego Mazeppę zatarły,
Że nikt mię pewno z własnych sióstr i braci
Jużby nie poznał w dzisiejszéj postaci.
Kwitnął mi jeszcze wiek mój młodociany,
Kiedym téj strasznéj w sobie doznał zmiany;
Lecz choć mię liczne lata przywaliły,
Nie zmogły przecież ni męstwa, ni siły,
Inaczéj bez téj dzielnéj, twardéj mocy,
Nie byłbym dzisiaj wśród téj czarnéj nocy
Pod gołém niebem, w głębi dzikich lasów
Powieść wam starych opowiadał czasów.
„Postać Teresy — ach! widzę ją jeszcze...
W téj chwili nawet z jéj widmem się pieszczę,
Zda się, że w mroku owych drzew przepływa...
Tak to pamiątka serca żywą bywa!
A przecież nie wiem, czyli w ludzkiéj mowie
I ludzkim głosem piękność jéj wysłowię.
Urocze oko Azyanki miała,
(Nieraz się bowiem krew polska zmieszała
Z blizkiemi granic sarmackich Turkami),
Tak czarném było, jak niebo nad nami:
Ciągle zeń strzelał taki promyk wdzięczny,
Jak z chmur północnych pierwszy błysk miesięczny.
Oko to płynnym promieniem się zdało
I niby w własnem swém świetle topniało,
Całe miłością — pół ognia — pół mdlenia,
Jak te z pod miecza męczennic spojrzenia,
Które ku niebu z takiém czuciem wznoszą,
Jak gdyby dla nich śmierć była rozkoszą.
Czoło, jak w lecie jeziór kryształ czysty,
Z słońcem na głębi, a do dna przejrzysty,
Gdy mruknąć nawet ciche nie śmią tonie,
A niebo w całém odbijają łonie.
Lecz na cóż tego wdzięków jéj wywodu,
Kocham ją zawsze, jak kochałem z młodu,
Taka jak moja miłość dzika, wrząca,
Ni w złem, ni w dobrem granic nie znająca,