Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/494

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wpośród snujące się podjazdów roje
Musiał na ziemi złożyć członki swoje,
O takież łoże, takie wieńce chwały
Dwa mężne ludy tyle krwi przelały!
Leżał wśród puszczy, z głową o dąb wspartą,
Z gasnącém życiem i duszą rozdartą;
Rany mu skrzepły, a znękane ciało
Zimnem mu nocy i bólem stężało.
Wrzący po żyłach ogień gorączkowy
Spędzał mu z oczu nawet sen chwilowy;
Przecież pomimo wszystkie klęski, ciosy,
Król po królewsku swoje znosił losy,
I choć pod gromem tak strasznéj niedoli
Wszystkie boleści podbił mocą woli,
Do tak niemego zmusił je poddaństwa,
Jak niegdyś mieczem swym podbite państwa.

III.

Orszak z nim wodzów — niestety, jak mało
Z téj strasznéj rzezi przy nim pozostało!
Lecz i w tym szczątku krew rycerska płonie,
Wre honor, wierność — wszyscy w niemém gronie
Smutni, posępni i trudem wybledli,
Króla i jego rumaka obsiedli,
Bo tam, gdzie równa grozi im zatrata,
Człowiek z zwierzęciem łączy się i brata.
W blizkości przy nich spokojny i mężny
Hetman i równie towarzysz monarszy,
Zasiadł Mazeppa, gdzie stał dąb potężny,
Dąb jak on twardy i mało co starszy.
Lecz pierwszą jego troską koń zziajany.
Kozacki hetman oczyszcza go z piany,
Mnogi i suchy liść pod nim gromadzi
Głaszcze po grzywie, bok i krzyże gładzi,
Zwalnia popręgu i uzdę odkłada
I rad się patrzy, jak mu smacznie zjada;
Bał on się bowiem, że po takim pędzie
Zroszonéj nocą trawy jeść nie będzie.
Lecz on z nim w wszystkich tak stwardniał wyprawach,
Że nie przebierał ni w leżu, ni w strawach;