Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/459

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I w tym tak sprosnym, zwęglonym potworze
Ledwie człowieka domyślić się może.
Głazy wybuchłe i lecące gradem,
Ciężkim w głąb ziemi zaryły się spadem,
Mnóstwo potężnych, rozrzuconych bali
Czerni się, dymi i wciąż jeszcze pali.
Trzęsącym ziemię przerażone grzmotem,
Wszystko, co żyje, trwożnym znika lotem,
Pierzcha ptak leśny, psy spłoszoną zgrają
Nawpół już zżartych trupów odbiegają,
Wielbłąd się z ręki wyrywa człowieka,
Wół jarzmo łamie, zrzuca i ucieka,
Koń pierzcha, pędzi w przestrzeń nieprzejrzaną
Z pękniętym pasem i uzdą zerwaną.
Wilki dalekiem wyciem się ozwały
W górach, co ciągle hukiem twierdzy grzmiały.
Orzeł się jeży, własne rzuca dzieci,
Zrywa się z skały i ku słońcu leci,
Czarne go kłęby dymów gonią, duszą,
I do wyższego coraz lotu muszą,
Wzbija się — pędzi — krzyczy strachem zdjęty...
Tak to był Korynt stracony i wzięty.[1]






  1. W przekładzie tego poematu, opuszczono kilkanaście wierszy wogólności, a mianowicie kilka w obrazie wybuchu Koryntu, w skutku światłéj krytyki Gifforda i wyznania samego autora, że szakalów niéma w Grecyi. Skrócenie o kilka wierszy tego choć nadzwyczaj poetycznego, lecz nieco zbyt przedłużonego obrazu, nie będzie, jak mniemam, z krzywdą oryginału.