Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/456

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Świeższy tłum rzezie rozpościera krwawsze,
Wciąż przerzedzany, przeciéż pełny zawsze.

XXIX.

Garstka chrześcijan zlana krwią i znojem
Słabnie tym ciągłym zmordowana bojem,
Turek do saméj bramy już dociera.
Długo żelazny ciężar się opiera,
Lecz choć się z murów ciągłe sypią strzały
I z wszystkich okien lecą kul nawały,
Już jéj podwoje wstrzęsły się i jękły,
Skrzypły zawiasy i zapory pękły;
Chwieje się — pada brama rozwalona,
Leży ostatnia Koryntu obrona!

XXX.

Sam jeden — z twarzą groźnego wyrazu
Stoi Minotti na ołtarzu z głazu,
A obraz Boskiéj Matki i Dziewicy,
Urocze dzieło natchnionéj prawicy,
Zda się na starca postać nieugiętą
Okiem miłości zlewać jasność świętą.
Na to pobożne Ją tam ręce wzniosły,
By ciągle ku Niéj myśl i serca rosły
I każdy z rzewném widział to przejęciem,
Chyląc się przed Nią i Bogiem-dziecięciem,
Jak się uśmiecha naszym kornym głosom
I zda się z modłą swoją słać niebiosom.
Ciągłym był zawsze ów uśmiech uroczy
I teraz nawet, gdy krew kościół broczy,
Jeszcze ten uśmiech Jéj uwdzięcza lice.
Minotti łzawe podnosi źrenice,
Z ciężkiém westchnieniem żegna pierś i skronie,
Świecę, co właśnie na ołtarzu płonie,
Bierze i trzyma — gdy wtém wściekła tłuszcza
Zewnątrz i wewnątrz krwawy szturm przypuszcza.

XXXI.

W sklepach kamienną posadzką okrytych,
Mieszczą się zmarli wieków już przebytych;