Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


XI.

Dom, kraj, dobytki, dziedzictwo ojczyste,
Wesołe damy, z których rozkosz spływa,
Ich oczy, włosy, ich dłonie śnieżyste,
(Że jasność mnicha gaśnie świątobliwa) —
To, czém się żądza nasycała żywa,
Czasze, gdzie wino pian nie kończy toczyć,
Wszystko, co tylko do rozpusty wzywa,
Rzucał bez żalu, aby morza zoczyć
I przeciąć brzeg Paynimski i równik przekroczyć.

XII.

Żagle się wzdęły i wiatry powiały,
Jakgdyby rade, że rzucał swe łany;
Prędko z przed źrenic białe znikły skały
I już przepadły śród falistej piany.
A on — być może — skruchą był porwany,
Gdy już nadbrzeżne z oczu stracił piargi,
Lecz śpiącéj w sercu nie obudzał rany
I ni westchnienia nie puścił przez wargi,
Niemęskie na wiatr inni gdy rzucali skargi.

XIII.

Lecz kiedy w morzu zgasły słońca łuny,
Pochwyci harfę, którą się nie puszy —
Bo nieuczenie uderza w jéj struny,
Jeżeli obce nie słuchają uszy —
I dzisiaj po nich palcami poruszy
I pożegnanie pośle w przestrzeń zmroku.
Skrzydlaty okręt mknie śród morskiéj głuszy
I mgławe brzegi zginęły już oku,
A on „dobranoc“ słał im w takich słów potoku:

1.

O kraju mój, ach! żegnam cię!
Giniesz już w głębiach wód,
Wały się rwą, wiatr nocny dmie
I mew zawodzi ród.
Ostatni blask słoneczny drga
Śród fal — my śpieszym tam!
Dobranoc ci, ojczyzno ma,
O słońce, żegnaj nam!