Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/397

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

371

nozielonawych śledzi lub zimą szprotów tęczołuskich, mawiała Sosenka do swych towarzyszek:
— Jakże nierozsądnie z waszej strony zazdrościć siostrom i braciom z wioski! Tam miałybyśmy tylko paskudny dym z kominów, krowy i kury, gdy tu mamy przepiękne morze, życie wolne, a kiedy trzeba, cała wioska przychodzi do nas w odwiedziny.
Ale drzewa szemrały niezadowolone, skarżąc się na reumatyzm, łamanie w kościach, bóle artretyczne i niepewność losu.
— Co za przyjemność stać wiecznie w sztormach, trząść się z zimna i nie wiedzieć, czy się pierwszego lepszego dnia nie padnie pod uderzeniem „pest-sztorm-arkunu“[1]).

Niezadowolenie tych drzew pochodziło stąd, że one morza nie kochały, a przytem były istotnie zazdrosne i ambitne. Są to dwie bardzo wielkie wady. Przez zazdrość brzydnie się i starzeje przedwcześnie, przez wygórowaną ambicję i dumę traci się pokorę, która jest stalową sprężyną duszy i daje niezwalczoną moc i cierpliwość w znoszeniu wszelkich ciosów i utrapień. Powyginane i powyłamywane drzewka stały się takiemi dlatego, że

  1. Rybacy zwykłą burzę nazywają „sztorm“, większą — „sztorm-arkun“, to jest orkan, a „pest-sztorm-arkun“ jest tylko stopniowaniem orkanu.