Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/350

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ment, a głaz wciąż tłukł o rafę, tracąc kanty i zaokrąglając swe kształty.
Wreszcie wir wypuścił go z objęć, i głaz potoczył się dalej.
— Żegnaj, bracie! — wołała za nim rafa. — Teraz cię trochę oszlifują, a potem będziesz już zupełnie piękny!
Stało się, jak powiedziała.
Fale zaczęły toczyć okrzesany głaz i szlifować go na czystym piasku morskim, tak że z dniem każdym stawał się coraz gładszy i lżejszy. Teraz czasem, gdy chciał skoczyć, wystarczyło, by mniejsza nawet fala podała mu dłoń, a już zrywał się na równe nogi. Nie grzązł też już w porostach morskich, jak mu się to dawniej zdarzało, kiedy zawadziwszy kantami o gąszcz podwodny, nieraz długo się musiał borykać, aby się wyzwolić i móc ruszyć naprzód.
W pewnem miejscu, znalazłszy się na szweli, łagodnie opadającej ku ogromnemu szurowi, zauważył, iż nietylko dno morskie, ale cały szur pełen jest długich, falujących żywo, czarnych ciał. Były to węgorze. Miljony tych czarnych ryb ciągnęły na zachód, śpiewając cichutko swój hymn. Kamień, oswojony już z językiem morza, zrozumiał go.
Węgorze śpiewały:
— Jesteśmy łańcuchem, wiążącym wody lądu z głębiami oceanu. Jesteśmy posłań-