Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/348

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niejednokrotnie robią, wprawdzie narazie nie z własnego popędu, ale to nie ma nic do rzeczy. Paktem jest, że latają. Paktem także jest, że kamienie mówią. Cóż tedy stanowi o istocie kamienia? Milczący, głuchy i nieruchomy, jak głaz? To niemądry frazes! Czyż ludzie nie wiedzą, że kamienic kwitną jak kwiaty? Czyż niewiadomo, że posuwają się z miejsca na miejsce? Powoli? Wielkie rzeczy! Kto nie ma czasu, kto jest jednodniówką, jak człowiek, niech się śpieszy, ale kamień Jest wielkim panem, który zawsze ma czas. Nie może się nigdy spóźnić, ponieważ zawsze wszyscy nań czekają.
Tak powoli głaz wyrabiał w sobie świadomość samego siebie, a tymczasem fale tulały go po dnie morskiem, które niezawsze jest piaszczystym dywanem, miękko wyścielonym sprężystemi, pachnącemi jodem porostami, ale czasem szczerzy też i twarde trzony skał podwodnych. I właśnie tak dziwnie jakoś jest, a niewiadomo czemu, że ku tym skałom podwodnym najchętniej idą sztromy (prądy), wszystkiego zawsze się po drodze czepiające. Taki łobuz nie pójdzie ci wprost przez morze, ale musi wszystko po drodze zobaczyć, o wszystko zawadzić i będzie ci się dziesięć razy około jednej skały kręcił, zanim ją opuści.
Na taką skałę wpędził prąd nasz czerwony głaz.