Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/342

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w odpowiedniej fazie rozwoju. A z wami nie zostanę i zostać nie chcę.
— Dlaczego? — pytały go głazy. — Wszakże jesteś takim samym głazem, jak my, czerwonym. W żyłach twych płynie krew błękitna i srebrna, jak w naszych. Należysz do tego samego co i my narodu.
— Społeczeństwo, nie mogące zapewnić swemu członkowi wolności sumienia, bezpieczeństwa i możności utrzymania się, nie obowiązuje — odpowiadał głaz. — Będziemy musieli się rozstać — im wcześniej, tem lepiej.
Głazy śmiały się z tego, ale chory głaz mówił zupełnie poważnie. W dodatku rezonował:
— Mam tego wszystkiego dość! To przecie niedorzeczność! Ważyć co najmniej dwadzieścia centnarów i wisieć w powietrzu na zrębie, jak gniazdo jaskółcze. To są kpiny! Z poważnym głazem tak się nie postępuje!
— Wola boska!
— Ano właśnie, wola boska w tem, że się oberwę i pójdę w świat. I wiedzcie, że mi to zrobi wielką przyjemność, wy, kamienni filozofowie! Uch, patrzeć już na was nie mogę, doktrynerzy! Siadły sobie wkoło opasłe bało wany, o świecie wiedzą tylko tyle, co im ptak jakiś nagada albo wiatr na śwista, i myślą, myślą, aż im żyły na głupich łbach napęcznia-