Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W wiosce między morzami witano go teraz stale radośnie, ponieważ przynosił coraz to więcej przekazów pieniężnych. Były to zadatki od letników na mieszkanie. Dawniej, za czasów niemieckich, kiedy łosoś na św. Wojciecha nosem o strąd uderzył i odchodził, rozpoczynał się dla rybaków straszny i długi przednówek, bo przez całą wiosnę ryb zupełnie nie było, a dopiero z początkiem lata zaczynał się połów bańtek. Rybacy, nie mając co jeść, poławiali je i wcześniej, ale te wczesne, młode bańtki były tak małe, że szkoda było dla nich tłuszczu potrzebnego do smażenia. Głodowano wtedy na półwyspie nie na żarty. Ale za czasów polskich to się zmieniło, bo jak tylko skończyło się rybołówstwo, ze wszystkich stron dalekiego kraju napływały spore sumy jako zadatki na mieszkania — właśnie wówczas, gdy już wszelkie zapasy były wyczerpane, a o pieniądzach za ryby marzyć nawet nie można było. Wówczas cały półwysep ożywiał się. Wszędzie przerabiano większe pokoje na dwa mniejsze, dobudowywano piąterko, stawiano w podwórzach budy, czyszczono stajnie i chlewy, tak, aby i w nich letnicy mogli zamieszkać. Rybacy stawali się murarzami, cieślami, szklarzami i stolarzami, a wieczorem obie oberże pełne były ludzi, niezbyt już liczących się z groszem. Działo się