Strona:Jerzy Bandrowski - Siła serca.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A jeden spadł.
— Już ta do niego polecieli dragoni... Zapalił się....
— Dobra... Pojutrze tedy bede jechał, to przygotuj co ta wisz...
— Nie bój sie... Bedzie... Tłustą ci wybiorę.. Lubisz...
— Gęś mi przyobiecał! — mówił szofer, kiedy wyjechali poza tę dziwną wieś. — Jo mu ta raz po raz przywiozę papierosy, wódki trochę, co nasi majom, za to on... Bo tu im łatwiej... Sami som na całom wieś...
— A czy tu kto mieszka...
— Nie miszko nikt, ale nocom przychodzom baby... Chałup dużo, śpij se, gdzie chcesz! Są ta różne interesy! — zakończył dość gwałtownie i splunął.
Po godzinie nieznośnej, uciążliwej jazdy stanęli w małem miasteczku, gęsto zaplecionem zewsząd zbiegającemi się drutami telefonicznemi. Cywilnej ludności prawie zupełnie już nie było tu widać, zato uganiali po ulicach motocykliści i konni, wymijający zakurzone samochody.
Szofer wysadził Kasię na rynku, wskazał jej, gdzie jest sztab, do którego musiała się zgłosić, pokazał jej kierunek, w którym znajdowała się „baza“ eskadry lotniczej, a żegnając ją, zapowiedział jej surowo, iż najdalej za godzinę ma się w „bazie“ stawić na obiad, bo i tak jest już późno, a dłużej na nią czekać nie mogą.
Sztab znajdował się w typowo mieszczańskiej kamienicy w rynku zanieczyszczonym i dosłownie zawalonym podwodami. Żołnierze, szorstcy i bez-