Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 1.djvu/69

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Nie miałem jeszcze okazji złożyć pani moich najlepszych życzeń. Cieszę się, że mogę to uczynić teraz.
    Trudno wobec dwuznacznej sytuacji apodyktycznie zdecydować, co Panna Młoda odpowie i jaki kierunek zechce rozmowie nadać, czy zachowa się konwencjonalnie, pamiętając wszakże, że życzenia składa nie tylko przyjaciel ojca, lecz również osobistość w pewnym sensie oficjalna, zajmująca w hierarchii partyjnej wysokie stanowisko, czy zatem swoją kwestię utrzyma na płaszczyźnie czysto towarzyskiej z uwzględnieniem okoliczności oraz personaliów, a z pominięciem wszelkich akcentów natury osobistej, zamykając w ten sposób nieodległą przeszłość niejako ostatecznie, a i z drugiej strony dając do zrozumienia, że co było — nie powróci, czy też odwoła się do aluzyjnej gry, aby dać temu bezwzględnie męskiemu żywiołowi szansę nawiązania intymniejszego dialogu, bowiem, najprawdopodobniej, po świeżych emocjach figuralnej sceny na schodach, skoro prawie natychmiast podejdzie do niej Stefan Raszewski, nie zdąży sobie uświadomić, że w jakiejkolwiek manierze skwitowałaby uprzejme życzenia ex-kochanka, on i tak pokieruje rozmowę, jak zechce. Przecież biorąc pod uwagę charakter Panny Młodej, a również przebieg rozmowy z Panem Młodym uwzględniając, wreszcue i inne, może jeszcze mgliste, a może i nie tak bardzo mgliste plany życiowe oblubienicy włączając do ogólnego podsumowania elementów istniejących, nie popełni się chyba wobec tajemnic czasu przyszłego szczególniejszego nadużycia, jeśli się podejmie pewne ryzyko i na życzeniową deklarację Raszewskiego zostanie Monice podrzucone pytanie:
    — Zna pan pewne przysłowie?
    — Zależy jakie?
    — Kto przychodzi ostatni...
    — Ten zjada ostatki?
    — Ten jest piękny i gładki!
    Po tak błyskotliwej intradzie Monika z pewnością zwycięsko wytrzyma uważne, choć bynajmniej nie natarczywe spojrzenie Raszewskiego. On zaś po chwili napiętego milczenia:
    — Nie znam się na przysłowiach, ale pani się pomyliła.
    — Doprawdy?
    — Kto zjada ostatni, ten jest piękny i gładki.
    — Rzeczywiście, ma pan rację! Ale to właściwie na to samo wychodzi, sens podobny.
    — Niezupełnie. Zjadać ostatki potrafi byle dureń. A przyjść ostatnim...
    — Znaczy zwyciężyć?
    — Zależy kto przychodzi ostatni. I kiedy.
    — Mówi pan jak polityk.
    — Na razie jak mężczyzna.
    Znów chyba nastanie moment ciszy. Lecz gdyby się zdarzyło /a dlaczego miałoby się nie zdarzyć?/, że dyrektor Teatru Stołecznego i Eryk Wanert znaleźliby się gdzieś nieopodal, Monika z pewnością by to zauważyła i zawołała w ich stronę:
    — Halloo, chłopcy! Jak się bawicie!
    A skoro chłopcy podejdą, na progu pokoju ze schodami utworzy się grupa — natychmiast przez wiele osób dostrzeżona, szybkimi komentarzami podstemplowana i podana dalej.
    Monika:
    — Jak wam leci?
    — Świetnie — odpowie dyrektor Otocki — pracowaliśmy.
    Po czym wewnętrznym i chyba automatycznie działającym magnetyzmem poruszony zwróci się ku Raszewskiemu: