Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 1.djvu/65

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    knienie skojarzył się raczej z dramatycznym majestatem lady Mackbeth, wchodzącej po schodach zamkowej baszty.
    A osamotnieni: mężczyzna i chłopiec?
    — Zepsuła zabawę — zmartwi się Keller.
    Marek Kuran podniesie się z klęczek i starannie strzepnie ze spodni kurz.
    — Solistka! — powie z akcentem litościwej pogardy — twoja żona, Konrad, interesuje się tylko sobą, a mnie to nie interesuje.
    — Ja też się tylko sobą interesuję.
    — Tobie wolno, bo ty jesteś wielki skurwysyn. Pochwal się, że jesteś.
    — Przeważnie.
    — Zawsze!
    — Jeśli ci na tym zależy.
    — Nie mendź, mnie na niczym nie zależy, ja bym się najchętniej położył jak dolina i spał.
    — A góry?
    — Mogą mnie pierdolić. Albo ja góry, mnie wszystko jedno. Bo ja Konrad, skurwysynie, jestem krótkowidz, rozumiesz?
    — Ty?
    — Podwójny, również na umyśle, tylko na ten drugi defekt nie mogę sobie, kurwa, dobrać szkieł, rozumiesz!
    — Domyślam się.
    — Łżesz, Konrad, gówno się domyślasz. Skurwysyn jesteś, ale mnie nie przyłapiesz, bo ja jestem skurwysyn większy. Cześć!
    I pewnie się moment zawaha, czy na tym wyprawy w świat dojrzałości nie zakończyć i nie wrócić do baru, jednak ciekawość rozlicznych możliwości oczekujących go na salonach chyba mu każe ku tamtym sferom podążyć, co też i uczyni, z pewną wszakże ociężałością wchodząc po schodach, nawet nieco przygarbiony, więc też jego kolejne zniknienie nie będzie miało nic z wniebowstąpienia, co Keller ze swego punktu obserwacyjnego z pewnością odnotuje, lecz bez komentarzy, bo według wszelkiego prawdopodobieństwa prawie natychmiast powinien się zjawić Ksawery Panek i wówczas pomiędzy szwagrami taki się wywiąże dialog:
    — Widziałeś Marka?
    — Jak najbardziej.
    — Dawno?
    — Właśnie odfrunął.
    — Na górę?
    — Dokładnie.
    — Bardzo pijany?
    — Niee, nie robił wrażenia. Może leciutko.
    — A co mówił?
    — Był bardzo miły.
    — Oczywiście! jak chce, potrafi być miły i dobrze wychowany.
    — Ba! któż z nas zawsze chce być miły i dobrze wychowany?
    — Boję się, że narozrabia.
    A ponieważ szwagier nie znajdzie dość szybko kojącego pocieszenia, Ksawery Panek wyjmie z kieszonki smokinga białą chusteczkę i przetrze zwilgotniałe czoło.
    — O Boże! Żeby się to już wszystko skończyło.
    Wszystko co? Weselne przyjęcie, niewolnicza miłość, rzeczywistość polska? Lecz Konrad Keller nie należy do tych, którzy lubią dotykać ran. Zamilczy więc dyskretnie.
    A Ksawery:
    — Idziesz na górę?
    — Byliśmy z Moniką podziękować mistrzowi Kubickiemu, dużego