Strona:Jerzy Andrzejewski - Miazga cz. 1.djvu/45

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    ca się starość? Czuje wstręt do frazesów, które tak często wygłasza i publikuje? Nie obmierzła mu konieczność owego bezustannego "pływania", aby się nie potknąć, nie poślizgnąć, nie popaść w niełaskę, nie zlecieć z wysokiej drabiny?
    W ubiegłym tygodniu, na pewnym dosyć licznym, choć prawie w ostatniej chwili zaimprowizowanym przez gospodarza zebraniu towarzyskim spotkałem Ygreka, którego widuję rzadko, lecz znam od wielu lat, lubiąc go i ceniąc. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że jego poglądy osobiste nie zawsze się pokrywają z wypowiadanymi publicznie, nie przypuszczałem jednak, że aż tak radykalnie. Nawet dla mnie, tak świadomego rozdwojenia rozszczepiającego miliony Polaków, prawie półgodzinna rozmowa z Ygrekiem była rewelacją. Nie chciałbym tego zjawiska, powszechnego w ustroju totalnym, nazywać dwulicowością, lub oportunizmem. Korzystając z maksymalnej niezależności, jaką w obowiązujących tutaj warunkach może jednostka osiągnąć, niezależny przede wszystkim finansowo, więc nie zmuszony do zarabiania na życie wbrew przekonaniom, nie zmuszony do brania udziału w życiu publicznym wbrew sobie — nie czuję się uprawniony do bezkompromisowego osądzania tych wszystkich, którzy z takich czy innych względów muszą /nieraz chcą/ żyć i działać w ściślejszym przymierzu z przymusem aniżeli ja. Nie byłbym zresztą pisarzem, lecz kamiennym tłukiem, gdybym — dostrzegając ogrom zniszczeń trawiących naszą egzystencję narodową w jej społecznych i moralnych przede wszystkim wartościach — nie potrafił jednocześnie i nie umiał dostrzec, jakie konflikty wewnętrzne prowokuje owo godne pożałowania rozszczepienie świadomości, ile goryczy osiada na kłamiących wargach, i jak trudne i ciężkie mogą być /choć nie zawsze muszą/ samotne godziny nawet tych, których opatrzone do znudzenia twarze znamy z pierwszych stron dzienników, z kronik filmowych i z transparentów.
    Naprawdę, wielką bym miał ochotę ubrać Formińskiego w kostium Iksa, a dla redaktora Panoramy Tygodnia, Kazimierza Jaśko, wypożyczyć odzież u dr. K.K. Może tak i zrobię, lecz nie wcześniej niż znajdę dla nich szansę.

    I gdy odejdzie blaskiem orderów rozświetlając blask sali z niebiańską i rozgwieżdżoną kopułą u szczytu, prezes Panek powtórzy zapewne, lekko mamrocząc: to będzie nasze dziecko, nie — ona na to blisko przy chłodnym stoliku z marmurowym blatem, w brajtszwancach, nad szklanką wystygłej herbaty, pochmurna i obca, a trochę dalej: w głębi salonu, wielka i tęga, w nazbyt wydekoltowanej sukni, otoczona kilkoma młodymi aktorami /wśród nich Łukasz Halicki?, a może raczej nie młodzi aktorzy, lecz red. Jaśko i sekretarz KW, Krystek?/, mówi przy zimnej herbacie: Leopold, to nie jest i nigdy nie będzie nasze dziecko, więc on zacierając pod stołem zmarznięte dłonie: kochasz go?, i gdy ona, ciemna i pochmurna, milczy, on mówi z żalem: mnie nigdy nie pokochasz, jak jego, wówczas ona: bo pana, panie Leopoldzie, nie umiałabym znienawidzieć, i po chwili: panem mogłabym gardzić, ale nie nienawidzieć, teraz — będzie mógł w tym momencie pomyśleć Panek — teraz to zrobię, tak, zrobię to, muszę to zrobić, i skoro wypije jeszcze parę koniaków /młodzi: Beata oraz Łukasz z bliskiego sąsiedztwa już najpewniej znikną/, wówczas cokolwiek niespodziewanie dla samego siebie brnąc po kolana w grząskim błocie, z ciężko dyszącym Stefanem /pseudonim w