Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bie potrzebę prawdy jakże możesz od niej uciec? Chcesz w przepaść skoczyć?
— Prawda, o której mówisz, ojcze, jest także jak przepaść. Czemu tak jest?
Torquemada milczał.
— Ojcze!
— Synu mój, możesz wielu zawiłych spraw świata jeszcze nie pojmować, lecz jedno powinieneś wiedzieć z całą, na jaką cię stać, pewnością, z większą nawet, niż cię stać, ponieważ całkowite posłuszeństwo musi wypełniać wszystkie myśli i uczynki człowieka walczącego o prawdę. Chcąc służyć wierze, trzeba się jej obowiązującym zasadom podporządkowywać bez wahań, pytań i wątpliwości, bez cienia ubocznych myśli, z nieograniczonym zaufaniem do zwierzchnictwa.
— Nawet nie rozumiejąc?
— Kiedy prawda wypełni tak wszechstronnie twoje myśli, pragnienia i uczynki, iż ty i ona staniecie się jednością, wtedy zrozumiesz wiele.
— Znowu się odwołujesz, ojcze, do przyszłości.
— A czymże jest dzisiaj bez przyszłości? Od ciebie wszakże zależy, aby ją przybliżać.
— I wówczas?
— Czas, który idzie, mój synu, jest jak góra. Wstępujesz po niej ku szczytowi lub staczasz się w dół.
— A szczyt kiedy się osiąga?
— Nie wiem — rzekł po długim milczeniu Torquemada. — Tego człowiek nie może wiedzieć. To wie tylko Bóg.
Diego ukrył twarz w dłoniach. Policzki i skronie płonęły mu podskórnym gorącem, lecz ręce miał zimne. W sobie też czuł przejmujący chłód.
— Czego więc ode mnie żądasz, ojcze? Co mam uczynić?