Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


złożył śluby. Jesteś przeorem, kierownikiem kilkuset dusz. Nauczycielem młodych. Włosy ci siwieją. Od iluż lat żyjesz w klasztornych murach?
— Trzydzieści minęło.
— Trzydzieści lat! I tylko z obyczajów i z habitu pozostałeś dominikaninem.
— Nie, ojcze!
— Tak. Twój umysł i twoje serce nie stały się, niestety, nasze. Jesteś w tych murach obcym człowiekiem. To nie jest twoje miejsce.
— Wybacz, ojcze!
Padre Torquemada pogardliwie spojrzał na klęczącego.
— Wstań! Nie, nie spodziewaj się przebaczenia. Zdradziłeś swoje powołanie, zdradziłeś ducha naszego stowarzyszenia.
— Ojcze, każdej pokucie się poddam, wyznacz choćby najcięższą.
— Pokutę? Do pokuty trzeba mieć prawo. Podeptałeś to prawo. Natomiast dla uspokojenia twych pragnień mogę ci na razie tyle przyrzec, iż przy najbliższej okazji polecę twoją osobę Ich Królewskim Mościom, aby zechcieli ci powierzyć wolne w tej chwili biskupstwo Avila. Myślę, że z czasem nie ominie cię i Toledo.
Padre de la Cuesta podniósł głowę. Twarz miał poszarzałą, oczy zapadnięte.
— Nie czyń tego, ojcze, błagam cię.
— Czemu? Spełnią się twoje pragnienia.
— Gdy widzę, co tracę...
— Trzeba było przedtem widzieć, miałeś dość czasu.
— Ojcze, rozumiem teraz wszystko. Pojmuję, jak