Strona:Janusz Korczak - Sława.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— No i cóż? — pytała mama.
— Ano nic — odpowiadał Władek, zupełnie tak samo, jak dawniej mówił ojciec, kiedy szukał miejsca.
Wielu musiało być chłopców, którzy szukali pracy, bo dużo razy słyszał Władek, że przyszedł za późno, że już był ktoś przed nim i został przyjęty. Dużo chłopców, dziewcząt i starszych ludzi stało przed kurjerem, czytało ogłoszenia. I przychodzili codzień ci sami, więc także chyba nie mogli znaleźć roboty.
Wiele razy deszcz padał, a oni stali cierpliwie, czekali. Czasem kurjer się spóźnił albo miejsca przy ścianie były zajęte; a zdaleka nie można przeczytać, bo literki są małe.
Raz, kiedy szukał tokarza, gdzie potrzebny był chłopiec, rzucił się na Władka pies na podwórku, i chociaż lekko go ugryzł, ale podarł spodnie.
Podobno nie wolno, żeby psy gryzły, i Władek miał prawo żądać nowych spodni od pana, do którego zły pies należał.
Ale trzeba mieć świadka, co widział; a tu tylko stróż jeden stał w sieni i jeszcze się gniewał, jeszcze zwymyślał:
— Patrzcie go — roboty szuka. A może tego szukasz, czego nie zgubiłeś? Znamy was, łapserdaków!