Strona:Janusz Korczak - Sława.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Umówili się na piątą godzinę, choć Władek nie zna się jeszcze na zegarze.
Pamiętny był to dzień w nowem życiu Władka. Bo czego mu chłopiec nie naopowiadał! Rzecz dziwna: do szkoły nie chodzi, a przecież wie wszystko.
Wie, w jakim kapeluszu chodził Bonaparte, jak ręce zakładał na piersi. Wie, jak po czerwonej podszewce odróżnić generała od zwyczajnego oficera, i że są drzewa baobaby tak ogromne, że można w ich pniu mieszkać, jak w domu; że w powietrzu jest gaz-tlen, bez którego duszą się myszy i dzwonek nie dzwoni, i że kto zębów nie myje, ma w ustach robaczki, i że telegraf — to iskra elektryczna.
— Chcesz się przekonać? — zapytał.
— Chcę — odpowiedział Władek, bo choć wierzył, że mówi prawdę, jednakże — kto wie, czy to prawda?
Przeszli przez parkan i przyłożyli ucho do słupa.
— Widzisz druty?
— Widzę — powiedział Władek.
— Więc to telegraf, prawda?
— Prawda — powiedział Władek.
— I słyszysz, jak huczy w środku?
— Słyszę — powiedział Władek.
— No widzisz, bo w słupie jest elektryczność.