Strona:Janusz Korczak - Pedagogika żartobliwa.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


on — nowa trudność: „jak liczyć na głowie i na plecach i w ogóle tam, gdzie „nie sięga mędrca szkiełko i oko“. — „Weź lustro“. — Już próbował, nawet dwa pożyczył; nie można. — „Weź do pomocy kolegę; nie będę ci taszczył z Warszawy trema“.
Nie pamiętam, bo dawno. Ale wiem, że sto z dolewką zadrapań. — Więc powiedziałem: „kiep ten, kto nie umie korzystać z doświadczenia“. — Westchnąłem. On też. — „Czy mogę wyjść już z kąta?“ — „No tak“. — Nie wolno przeciągać struny, bo bez pozwolenia zwieje, — i co? — Nowa kolizja i represje?
Powie kto: wiadomo, — chłopaki. — A ja mówię: nie, — dziewczęta nie gorsze, ale inne z nimi troski i trudności.
Dwie przyjaciółki. Trzynaście lat, czy czternaście, więc wiadomo — rosną, martwią się, że grube, ciężkie, ociężałe, i w ogóle inne, niż były. Więc umówiły się, że zachorują i schudną. Więc w tajemnicy wieczorem gorącą wodę do kubła i nogi do gorącej wody, — i potem boso do zimnej sieni i boso na podwórku po śniegu. — I udało się: zachorowały. Gardło, grypa, trzydzieści dziewięć, stawy, — ból, — salicyl. — Skąd, dlaczego akurat one, — jak na przyszłość zaradzić? — Nie udało się: jednej po tygodniu pół kilo przybyło, a drugiej po trzech tygodniach — dwa kilo. — Dopiero koleżanka w największej tajemnicy zdradziła, bo prawda, jak oliwa. — Chłopcy — śmieją się, a ja: „życie pełne zasadzek