Strona:Janusz Korczak - Pedagogika żartobliwa.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przed laty raz pewna mama powiedziała: „nie bój się, zaprzyjaźnisz się z panem“. Też zlustrował wtedy i mówi: „co mam się przyjaźnić; on nie dla mnie towarzystwo“.
A bardzo, bardzo dawno, — w ogrodzie raz, — bawi się koło ławki (na ławce w ogrodzie siedziałem, a na sąsiedniej jego ciocia). Spodobał mi się chłopaczek, podobny do cioci, też ładny; więc mówię: „dzień dobry, kawalerze“. — On zdziwiony odchodzi parę kroków, zmarszczył brwi, piłkę trzyma pod pachą, patrzy i nic. — A ciocia jego: „dlaczego nie odpowiadasz? Pan ci mówi dzień dobry, — brzydki jesteś“. — On wzruszył wzgardliwie ramionami i: „co mam odpowiadać, nie znam go: obcy jakiś człowiek“.
To było bardzo dawno. Już wtedy zarysował się, ale jeszcze tak nie pogłębił się rozdźwięk młodzieżowy. (No i byłem wówczas bardziej frapujący, niż dziś...).
Drugie spotkanie z przedszkolakiem koło klombu. Był sam. Oglądam bratki. On do mnie: „daj cukierek“. — Ja nic: oglądam żółte bratki. On: „co ty tu robisz, czy pan doktór ma zegarek, bo ja mogę nakręcić“. — Mówię: „nie ma głupich“. — On mówi: „nie wolno kwiatów zrywać“. — Ja: „wiem“. — A on: „no to poczęstuj cukierkiem“. — Odpowiadam niedbale: „gdybym nawet miał cukierki, też nie nosiłbym ich, tylko trzymał w pokoju“. — A on: „no to idź i przynieś, ja mogę tu poczekać“. — Mówię: „nie zrozumiałeś mnie; to był tryb warunkowy; nie mam cu-