Strona:Janusz Korczak - Pedagogika żartobliwa.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kobiety nie wzruszy, nie rozczuli, jak kiedy mężczyzna szyje. — Zaraz powie, że po co, że ona chętnie i zręcznie, — i wzruszona przebaczy, poradzi i zrobi. — Ma pan coś podartego, — jakiś guzik niezbędny?
— Ba.
Cisza. — Szmer drzew. — Z dala krówki pasą się. Wiejski kogut pieje.
— I to ma być powieść dla dzieci, o dzieciach. Tych tu u nas? — pyta się.
— Aha.
— A co pan o nich powie ciekawego? — zdziwił się.
— Zobaczę, pomyślę, nie wiem jeszcze.
— Panie szanowny, powiada. Ja im się, powiada, co rok przyglądam i oczom nie wierzę. — Ona tu będzie ta mała: od ziemi nie odrosła, a z pretensją do mnie, — ba, jaką: że wygód nie ma, że twardo, że ciemno, że deszcz, że płaci, więc wymaga. — Fornalowi zrobiła awanturę, że przepowiedział pogodę, a ona zmokła na wycieczce. Bo my tu na wsi powinniśmy wiedzieć, kiedy pogoda i żniwa. — Pozna ją pan: o niej powieść; jej ciocia była na Riwierze, więc wie...
— A chłopcy?
— A no: kamieniami rzucają w kury; gałęzie łamią, bo i tak wszystko tylko do jesieni. Cóż? — Niszczycielski naród. — Sami nie sadzą i nie sieją. Oni wszystko tylko kupują. My powinniśmy tu na wsi, a wam się tylko należy. — Kazała żona zrobić