Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gania, i się kręcą. W sklepie kosztują po dwa centy, a ja kupiłem cały tuzin za dziesięć centów. Na Gwiazdkę będą mogli kupić dla braci i sióstr na prezent.
— Więc bardzo chcesz spróbować?
Dżek nie odpowiedział, ale pani się domyśliła.
— Bardzo się boję, — mówi pani. — Bo trzeba ci wiedzieć, że z własnemi pieniędzmi może każdy robić, co chce i liczyć je albo nie liczyć. To jego rzecz. Z cudzemi pieniędzmi trzeba być niesłychanie ostrożnym. Kontrola musi być najściślejsza. Trzeba prowadzić książkę wpływów i wydatków; każdy wydatek musi być stwierdzony rachunkiem.
— Przecież przyniosłem rachunek od mister Tafta i od introligatora.
— Przyniosłeś. A czy posiadasz zaufanie klasy? Czy nie kłócą się z tobą?
— Teraz nie. Każdy dostaje na próbę gorszą książkę, a jeśli ją zwróci w porządku, dostaje lepszą. Każdy musi sprawdzić, że książka jest cała, a jak się jedna kartka kiwa, to zaraz przylepiam. Nie wolno trzymać książki dłużej, niż tydzień. Sandersa i Dżona zupełnie wyrzuciłem z czytelni.
— A jednak dochodzą mnie skargi.
— Wiem. Pewnie Doris.
— Skąd wiesz, że ona?
— Już teraz tylko ona się kłóci. Właściwie i ona nie powinna brać książek, ale mniejsza o to.
— No, tak. Ale od czego zaczniesz? Jak ty sobie to wyobrażasz?
— Wywieszam ogłoszenie, że kto chce należeć