Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zabronisz mi? Nie lubię, jak się mną »ktoś« za bardzo opiekuje.
Ella mówi:
— Jeżeli jestem dla ciebie »ktoś«, możemy nie rozmawiać.
Wszyscy wiedzą, że już za godzinę będą rozmawiały. Bo jak się pokłócą tacy, którzy się nie lubią, mogą potem rok nie rozmawiać. Ale tu poszło przecie o głupstwo. Tylko je więcej rozłościł Fil, bo stuknął głowami i powiedział:
— Pocałujcie się, dzieweczki.
No, ale dziadka zna cały oddział. Więc znów do Dżeka:
— Dziadkowi kupować chleb.
— Nie, bułkę, bo nie ma zębów.
Dżek się zgadza. Przecie nie można pozwolić, żeby Fanny codzień bolała głowa. Bo ona dobra dziewczynka: nie skarży się, trochę się lubi rozporządzać, ale dobrze się uczy i wytłumaczy, jak ją poprosić, czasem nawet lepiej, niż Harry.
I obciążył Dżek budżet kooperatywy o stały wydatek. Ale mister Taft powiedział, że nie szkodzi, bo kooperatywa powinna przeznaczać pewne sumy na cele społeczne.
Wszystko to wiedział Dżek i wiele innych jeszcze rzeczy. Pisał Dżek cały tydzień. Ciężko szło. Przekreślał, mazał, znów przepisywał. To mu się początek nie podoba, to zakończenie. Nagle coś sobie przypomina i dodaje. Główne, że wiosna się zbliża, a nie mają futballu.
Tak i tak. Futball kosztuje tyle i tyle. Raz na