Strona:Jakob Wassermann - Dziecię Europy.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Raził go teraz purpurowy promień słońca — przerażał świst wiatru, niby niedobry głos ludzki. Tęsknił za samotnością swojej dawnej ciemnicy.
Nadeszła niedziela. Pod wieczór powrócili Daumer i Tucher. Z nimi przybył radca stanu baron Feuerbach, który postanowił osobiście zbadać, jak rzeczy stoją. Wynająwszy pokój w hotelu „Pod jagnięciem“ udał się natychmiast z obu towarzyszami na wieżę. Tu czekała ich przykra niespodzianka. Kacpra w celi nie było. Żona strażnika wyjaśniła, że jej mąż zabrał go do gospody „Pod Krokodylem“ na żądanie rotmistrza Wesseniga, który zapragnął pokazać „znajdka“ kilku znajomym obcokrajowcom, zamieszkującym w owej gospodzie.
Daumer pobladł przerażony; Tucher ledwo opanował lęk złego przeczucia. Wzgardliwie uśmiechnął się cienkiemi wargami pan prezes trybunału; ale powstrzymał uwagę o „fatalnych porządkach“ i jeno rzucił szorstki rozkaz: „Prowadźcie mnie do tej gospody!“
Trzej panowie szli w milczeniu przez kręte zaułki na plac targowy gdzie mieściła się winiarnia „pod krokodylem“. Ponad gotyckim dachem ratusza unosił się dysk księżyca w oparach mgły nocnej. Naraz Daumer szepnął wzruszony: „Otóż i on!“ W istocie Kacper, kołysząc się, jakby był pijany, szedł wsparty na ramieniu Hilla.
Nagle zatrzymał się — przykucnął. Oczy jego z przerażeniem spoglądały na ziemię. Wszyscy trzej zbliżyli się doń, aby zrozumieć, co go tak