Strona:Jadwiga Marcinowska - Eliza Orzeszkowa, jej życie i pisma.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łachmany, które cię okrywają, to grube i niedostateczne jadło, które spożywasz — nie są tym, co ci się od świata i ludzi należy. To wszystko przedstawia tylko krzywdę twoją!... Miejsce zaś przynależne ci na świecie — to śliczny pałac, ciepły, jasny, pełen rzeczy cudownej piękności, pełen pieszczot, pocałunków, szczęścia! Oto co ci się na tym świecie należy i z czego cię odarli!... Pamiętaj, że to wina jednego z tych, którzy mieszkają tam... wysoko! Nie mówię ci: przebacz! bo sam przebaczyć nie mogę. Ale nie mogę też zemścić się, więc mówię ci: mścij się! mścicielem bądź krzywd swoich i tobie podobnych. Ty i ja, różnemi drogami prowadzić będziemy ludzkość do doskonałości i szczęścia; ja, opowiadając miłość, ty dokonywując pomsty... Rośnij na to, abyś się pomścił!“
Przenocowawszy w chałupie Łukasza, Kępa dalej w świat powędrował, ale słowa jego, wyrzeczone tego wieczora, pozostały Sylwkowi w duszy. Wgryzły się w pamięć dziecka i nic ich ztamtąd wyrugować nie mogło.
Jakież były dalsze losy chłopaka?
Po kilku latach Łukasz utracił nędzną posadę cmentarnego dozorcy; żona jego ze zmartwienia umarła. Wdowiec z chłopcem wyprowadzili się do miasta. Za ostatnie posiadane pieniądze nabył Łukasz katarynkę, na której odtąd po podwórzach domów wygrywał, a zaś Sylwek jaskrawo wystrojony musiał pod takt muzyki tańczyć i śpiewać. W ten sposób zarabiali na życie.
Później, gdy stary opiekun całkiem podupadł na siłach, Sylwek odziedziczył katarynkę i rzemiosło grajka; żywił starego i siebie.
Był to już wtedy chłopak lat 18-tu czy 19-tu, smukły i przedziwnej urody.
Osobliwie oczy miał bardzo piękne.
Los zdarzył, że parokrotnie spotkali się na podwórzu i na ulicy, młody grajek i często przyjeżdżający do miasta pan Tytus Tarżyc. Piękność chłopca zwróciła na siebie uwagę pana, ale Sylwek do tego nieznajomego odczuwał zawsze jakąś głuchą, a gorzką niechęć, której sam nie rozumiał.