Strona:Jack London - Wojna z polowaniem na mamuta.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się tu wyrazić jakoś poetycznie i coby oddawało wiernie to co myślę o nim?
Od tego człowieka wiało, tak? — dobrze powiedziałem od tego człowieka wprost wiało swobodą, pełnią i urodą życia na szalonych przestrzeniach; budził on zawsze we mnie tęsknotę za możliwemi nieprawdopodobieństwami, a więc takiemi nieprawdopodobieństwami, które mogą się nam jeno wtedy ziścić, gdy się pozwolimy wytrącić z obrzydliwego kieratu życia codziennego, gdy nas coś takiego napadnie, co z nas robi zjadaczy nie wyłącznie tylko chleba powszedniego.
I gdym tak wspominał Nemroda, siedząc na plecaku długo, przybłąkał się do mnie pies. Wierne to i mądre zwierzę — taki pies. Nawet wojna i pożary nie wygonią go zbyt daleko od miejsca, którego się psiem słowem honoru strzedz zobowiązał. Za pierwszym pieskiem zjawił się drugi, trzeci, dziesiąty. Poczuły człowieka i jego plecak. Cisnąłem im kawał kiełbasy. Otoczyły mnie okrągłem i głośnem kołem. Łuna kurczyła się niechętnie. Zjadłem coś niecoś, i położyłem się, próbując zasnąć. Byłem pewny, że mnie pieski ostrzegą przed niebezpieczeństwem — to raz, a drugi raz: położyłem głowę na ziemi, przyciskając do niej mocno ucho, Uchu, które posłyszało tętent stu tysięcy jeleni kanadyjskich — ziemia zdradzi wszystko. Odzwyczaiłem się od takiego spania — to prawda, ale prawdą jest i to, że mi to jedną rzecz przypomniało. Kiedyś bowiem, było to w niewdzięcznej i kamienistej Pustyni Wielkiej, nie mogąc znaleźć wygodnego miejsca na nocleg, przespałem się na wiosennym śladzie meksykańskiego byka. Byłem tam zupełnie bezpieczny w ciągu nocy, gdyż wszystkie inne zwierzęta omijają bycze ślady, a w swój ślad byk meksykański stąpa dopiero na przyszłą wiosnę. Byki meksykańskie chodzą zawsze jednaką drogą i dla tego tak łatwo na nie polować.
Pod wpływem tego wspomnienia zacząłem usypiać. Nagle uniosłem się na jednej ręce. Psy poczęły się zrazu niepokoić, później cicho skomleć i wreszcie popełzły, jakby łasząc się do kogoś, w ciemność. Co to może być? — pomyślałem. I zaraz dałem sobie odpowiedź: Może być źle, a to jest właśnie niedobrze. Aby samemu nie być widzianym, podniosłem latarkę elektryczną do czoła i puściłem promień światła. Przedemną o cztery kroki stał Nemrod. Zamarłem —