Przejdź do zawartości

Strona:Józef Weyssenhoff - Nowele.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
—   9   —

burza się oddala... — — Oddalała się istotnie, nie było już tych uderzeń obuchem w głowę, których poczuł parę nawet przez puchy, niby pękanie olbrzymich purchawek. Wychylił głowę. Grzmot gospodarował jeszcze hucznie po niebie, ale już dalej — ulewa tylko nie sfolgowała.
 Ale od kilku chwil słychać było hałas inny, ludzki i bliski — łomotanie do drzwi wchodowych.
 Ksiądz zerwał się na nogi.
 — Naturalnie! dom się pali, a ja tu, jak głupi... No, dom parterowy.
 Podążył do sieni i zastał tam Marcinową parlamentującą z kimś przez drzwi zamknięte.
 — Co się dzieje?
 — A to jakieś desperaty, proszę jegomości, na taką pogodę...
 — Nie pali się? — Co się ma palić? Ludzie jakieś podróżne...
 Ksiądz Wikliński sam przemówił przez drzwi, groźnie:
 — Czego tu chcecie?
 Głosy z za drzwi, męski i kobiecy, zmieszane:
 — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — krześcijany-katoliki, dopraszamy się łaski — niech nas piorun spali, jeżeli idziemy ze złą myślą.
 Ksiądz porozumiał się jeszcze oczyma z Marcinową. Niema rady — otworzyć trzeba.
 I otworzył.

 Nie weszli zaraz, kłaniali się jeszcze za progiem, pod ulewą, młody chłop i dziewczyna uśmiechnięta,