Strona:Józef Weyssenhoff - Jan bez ziemi.djvu/338

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   336   —

trzykrotna z długiego bicza, tak rozgłośna, że poszła po jeziorze aż do dalekiego lasu, który ją odesłał zpowrotem do dworu. Odtąd huczało już bezustannie we dworze, jak w ulu, a na wybrzeże ogrodowe wyległo dużo osób postrojonych odświętnie. Jak wędrowne kwiaty, płynęły między murawą suknie dam; snuły się około nich ciemne ubrania mężczyzn, jak zalotne żuki.
Śniwoda wyróżniła z pośród tłumu postać swej ulubionej pani ze dworu, niedawno tak zatroskaną, dzisiaj promieniającą radośnie w swojej szacie białej — a obok niej wysokiego młodzieńca, który tu się zjawia nie po raz pierwszy, a musi być kochanym człowiekiem, skoro mu pani patrzy w oczy tak błękitnie... Gdy stanęli oboje nad samym brzegiem, Śniwoda wysłała pod ich stopy falę płaską, przymilną, mlaszczącą gratulacje.
A gdy blaski dnia zagasły i rój ludzi powrócił do domu, dochodził już tylko z wnętrza gwar rozmów i śmiechów, a okna rozbłysły prostokątami światła.
Wtem ryknęły gardła moździerzy kilkakrotnie. Zadrżała Śniwoda, wspominając niedawne poryki Wojny, których ta wieś wielkopolska nie słyszała nigdy z tak bliska. Rozśmiała się jednak zaraz radośnie, bo na drzewach przybrzeżnych i na łodziach zapaliły się różnobarwne lampki, ułożone w festony i cyfry. Błyskawicznie odpowiedziała Śniwoda iluminacją swych rozbudzonych głębi, dziergając wzorami górnych świateł płynny weselny kobierzec.

KONIEC